Prolog, czyli intro(wersja).

Jutro wyruszam pieszo na zachód w kierunku wysp brytyjskich. Gdzieś po drodze w życiu zgubiłem sens...  choć być może go po prostu dotychcza...

czwartek, 10 marca 2016

#071-#074 2015.08.10-13 Ghent

Trudno było mi uporać się z poprzednim postem.
Ciężki był powrót do tamtego okresu: samotności, zmęczenia, niepewności.
Powstrzymywało mnie też swoiste poczucie przegranej, że zboczyłem z kursu korzystając z autobusu (choć w sumie, wraz z autostopami, nie przejechałem więcej niż 50km).
Na szczycie wszystkich innych okoliczności stały piętrzące się, potencjalne posty nieaktualizowanego bloga. 
Tak, to demotywowało.


Decyzja o pieszej wyprawie i wystawienie się pod publikę z blogiem zatytułowanym "idesobie", spuentowało wizję podróży i przyczyniło się do tego, o czym wspomniałem już w poprzednim wpisie, że zablokowałem się na ideach: tej głównej, jak i pobocznych- niesprecyzowanych lub nie uświadomionych (te tematy jeszcze z pewnością kiedyś poruszę).



Gdy pod prysznicem wypada z Ciebie żywa mrowka,
to znak, że za dużo czasu spędziłeś w dziczy.

Ghent, 2015.08.10:

"Ten belgijski układ klawiatur mnie wykończy...
w kafejce w Antwerpii, logując się na stronę mbanku, zablokowałem sobie dostęp kanałem internetowy- muszę wpisać "telekod", który jest 1000km dalej, żeby odblokować. Na szczęście wszystko mogę zrobić przez aplikację na smartfonie... ale już gdybym jakoś stracił aparat (tfu!) i z konieczności miał nowy, sparować go z kontem mogę przez zablokowany kanał internetowy lub infolinię, ale oczywiście- z telekodem.
Wracając do belgijskiej klawiatury: pomijając już rozmieszczenie klawiszy "azerty", wyobrażacie sobie, że aby zrobić cyfrę, trzeba nacisnąć klawisz z [shift], a znak specjalny jak np. @ naciskając go z [alt]? Nie mówiąc już o konieczności naciśnięcia [alt] do postawienia kropki.
Chcę zrobić kilka "konkretnych" rzeczy i potrzebuję PC, w pełnym tego skrótu słowa znaczeniu. Przygotowanie angielskiego CV na 4,5" średnio mi się uśmiecha...





Wczoraj, gdy trafiłem do niesamowitego Backstay Hostel w Gandawie i dziś, po śniadaniu, którego niesamowitość odpowiadała obiektowi, skierowałem się na 3 piętro- oznakowane jako, wypatrzone już wczoraj, "blogroom". To musi być to, czego mi trzeba.
Oczekiwałem jakiejś salki, kilku PC, a tu... Wow! Wysoki strych, jedno staroświeckie biurko z lampką, kilka maszyn do pisania- w tym jedna sprawna z zachętą do użycia, na ścianach obramowane cytaty, a za oknem widok na dachy zabytkowego miasta. Genialne miejsce.







...próbowałem, ale pisanie na AZERTY po prostu nie idzie. Z tym z większym smutkiem, siedząc w tym kameralnym zakątku, piszę te słowa na ekranie smartfona. Chyba nigdy korzystanie z wirtualnej klawiatury ekranowej (samymi kciukami) nie będzie dla mnie tak efektywne i satysfakcjonujące, co na pełnej, fizycznej klawiaturze. Jestem z pokolenia, które dorastało z klawiaturą pod palcami. Prawdopodobnie dla tych, co od dziecka obcują z ekranami dotykowymi, to one będą oczywistością w późniejszych latach, gdy kolejne generacje- najprawdopodobniej- będą komunikować się z urządzeniami poprzez bezpośrednie połączenie z układem nerwowym.


Wróciłem do pokoju. Nikogo już nie było. Nie było też mojego powerbanku i czynnika ebooków. To na pewno ten skurwiel co przyszedł po północy i leżąc słuchał hip-hopu. Pewnie skusiły go migające diody na mojej półce. Albo jest to w pełni zorganizowane działanie: bierze taki jedną noc za kilkanaście €, rano czeka, aż wszyscy pójdą i przetrzepuje rzeczy tych, co zostają kolejną noc- po czym sam się oddala. Jeszcze pewnie zjadł śniadanie.
Oczywiście hostel nie ponosi odpowiedzialności za utracone mienie. Dostałem do dyspozycji szafkę z zamkiem na kod, ale wrzuciłem do niej jedynie- o ironio- brudne ciuchy.
Pomimo tego, szczerze, nie jestem zły. Ot, ok 300PLN za kolejne doświadczenie, że jednak nie żyję w utopii.
Szczęście, że to, co najważniejsze noszę w saszetce przez ramię, "zniknięcie" paszportu mogłoby być problemem."

W zastępstwie utraconego powerbanku kupiłem mniejszy, pozwalający naładować telefon jedynie ok 2 razy. Ładowanie czytnika ebooków i tak odpadło.




Z ciekawszych postaci w hostelu poznałem Soryane, która u siebie, w Nowej Zelandii pracowała na barce przy przeprawie przez cieśninę pomiędzy wyspami, a jej marzeniem jest zostać kapitanem; Ahmed z Berlina był frutarianinem i jak na dietę opartą na owocach, trzymał się dobrze- nie zdążyłem dopytać o szczegóły, nasza rozmowa urwała się w momencie gdy weszliśmy do pokoju w którym wszyscy spali.





Koń (jaki jest, każdy widzi) kontra konie mechaniczne.

Droga zamknięta z powodu zdjęć do filmu Emperor
(
mającego ukazać się w tym roku)


Po głębszym oddechu na jaki pozwoliła Gandawa mogłem ruszyć dalej w stronę Anglii.




1 komentarz:

  1. Ahmed...rodowity Niemiec :D
    3majsie Pan i czekam na więcej:)

    OdpowiedzUsuń