Prolog, czyli intro(wersja).

Jutro wyruszam pieszo na zachód w kierunku wysp brytyjskich. Gdzieś po drodze w życiu zgubiłem sens...  choć być może go po prostu dotychcza...

poniedziałek, 29 lutego 2016

#071 2015.08.10 Zelzate ...powrót?

"3 dni drogi za Antwerpią, przechodząc przez Zelzate, krążyłem po deptaku w poszukiwaniu Wi-Fi i ładowania. Wszystkie kawiarnie zapchane po brzegi, na całej ulicy rozbrzmiewa tandetna, biesiadna muzyka, a w jej rytm wyje piosenkarz.
W pewnym momencie zacząłem czuć się dziwnie. Pomimo upalnego dnia, czułem dreszcze i ból w mięśniach. Rzecz jasna, po tylu kilometrach można odczuwać zmęczenie, jednak- również dzięki zrobionym kilometrom- do tego typu codziennego wysiłku się przyzwyczaiłem. Nie był to wysiłek- miałem gorączkę.


...Cholera. Co teraz...? Wrócić do oddalonej ponad 40km Antwerpii? Lepszej pomocy medycznej nigdzie nie uzyskam... ale przecież lekarka na pewno postąpiła tak jak w takiej sytuacji powinna- dostałem antybiotyk, co jeszcze można zrobić. Tutaj też na pewno maja szpital. Po za tym, co jeśli cofnę się, a przejdzie mi samo z siebie- stracę tylko czas i pieniądze, a za kolejną wizytę już zwrotu z ubezpieczalni nie otrzymam. ...a może faktycznie było za późno i już rozwija się choroba... Albo sobie wkręcam i wszystko jest ok.
Idę dalej, może przejdzie...

Takie i podobne myśli towarzyszyły mi gdy powoli opuszczałem miejscowość. W końcu napotkałem na mały lasek, przysiadłem opierając się o pieniek żeby odpocząć i zastanowić się co dalej.

Byłem tak osłabiony, że bijąc się z myślami, zdecydowałem że wracam do Antwerpii... a może nawet do polski.

Po godzinie wstałem i zacząłem iść tą samą drogą, w stronę, z której przyszedłem, tunelem pod obwodnica i licznymi rozjazdami, w stronę przedmieścia. Czułem się paskudnie, zarówno fizycznie jak i psychicznie, ale narracja w mojej głowie powoli zaczynała usprawiedliwiać trudną decyzje. Na mapie znalazłem dworzec autobusowy.

Czulem potrzebe skonsultowania się z kimś bliskim. Chcialem przede wszystkim porozmawiać z tatá.
Potrzebuje internet, lecz w całym Zelzate nie trafiłem wcześniej na otwarte wifi.
Po przejściu mostem prowadzącym do centrum, na rogu pierwszych budynków znajodowala sie turecka restauracja, która wcześniej minąłem. Ojciec z synem przygotowywali się do otwarcia. Nie mieli wifi- z tego co widzę, właściciele co bardziej eleganckich lokali, wychodzą z założenia ze nikt nie przychodzi do nich korzystać z internetu. Wąsaty mężczyzna powiedział, ze korzystają oni, po znajomości, z internetu sąsiadów, lecz działa tylko na obrzeżu lokalu lub na zewnątrz. Mogą mi dać hasło. Z położonego przede mną kajetu, zapisanego tureckim alfabetem, spisałem ciąg znajomych, łacińskich liter.
Byl to hotspot Telnet, najwiekszego belgisjskiego dostawcy CTV. Same sieci sa w takiej sytuacji otwarte, po podlaczeniu sie konieczna jest autoryzacja przez strone logowania. Majac te dane moglem  korzystac z ich licznych hotspotow przez kolejne 100km.

Zamowilem kawe, usiadlem na zewnatrz i zadzwonilem skypem do siostry. 
Chwile pozniej zobaczyelm cala trojke, wraz z rodzicami przed soba, na ekranie smartfona. (...)

Pierwszy raz poczulem prawdziewe wsparcie. Nie to, zebym go nie mial- zawsze bylo, ale tym raz sam sie o nie upomnialem.
Potrzebowaem pozowolenia . Pozwolenia na powrót. Pozwolenia na odpoczynek. Pozwolenia od kogos, pozwolenia sobie.

Podczas rozmowy siostra postawila laptopa na stole. Przez chwile widzialem ciocie i wujka, który powiedzial mi: Maciek, Ty nic nie musisz' Wow. Po raz kolejny zablokowalem sie na jakiejs idei.

Najprawdopodobniej czuje sie tak, bo antybiotyk zaczal dzialac, wszystko jest w porzadku, powinienem po prostu dac sobie czas i odpoczac. O tak, odpoczynek byl mi potrzebny.


W Zelzate nie bylo hosteli, za mala miejscowosc. Natomiast w oddalonej o 20km na pólnoc Gandawie mozna przebierac w hostelach. Zabukowalem 2 noce w hostelu w centrum miasta. " 
(fragment spisany wkrótce po wydarzeniach)

Wyluzowałem. 
Na ten moment odpuściłem sobie- nie w pełni określone- oczekiwania względem siebie i przebiegu wyprawy.

Ponad dwie godziny pozostałe mi do odjazdu autobusu spędziłem w relaksującym klimacie tureckiej restauracji. Niebawem po otwarciu do lokalu zaczęli schodzić się stalk klienci. Delektowałem się wyszukanym daniem z- jakże by inaczej- kebabem.





1 komentarz: