Prolog, czyli intro(wersja).

Jutro wyruszam pieszo na zachód w kierunku wysp brytyjskich. Gdzieś po drodze w życiu zgubiłem sens...  choć być może go po prostu dotychcza...

piątek, 24 lipca 2015

#054 2015.07.24 Schüttorf


Po raz kolejny przekonuję się o opłacalności korzystania
z kempingów niedaleko ruchliwych ulic. A30 500m dalej
była tylko oddalonym szumem.
Biuro miało przerwę do 10ej, zabrać się powinienem do 11ej. Nienasycony bieżącą wodą, jeszcze raz wziąłem prysznic i spokojnie spakowałem dobytek oczekując, aż ostatnia dioda na power banku przestanie migać, co by symbolizowało naładowanie.





Zero dziecka, zero psa.
Udałem się do biurowej chatki, zwrócić otrzymywane okablowanie, kartę wejściową i odebrać depozyt. Wczoraj rejestratorki nie było, lecz po chwili weszła drobna, krótko ostrzyżona blondynka. Podczas oczekiwania, aż córka rejestrującej mnie wczoraj kobiety dopełnieni formalności, obserwowałem jak trójka jej dzieci (największy, który umiał mówić, odniósł się do poszukiwanej przeze mnie osoby jako "babcia"), bawi się na drewnianej podłodze. Podobno, ku zgrozie mojej mamy, tak samo przeskakiwałem przez moją raczkującą siostrę, jak teraz ten jegomość to czynił. Ich mama roześmiała się, gdy podzieliłem się z nią tym wspomnieniem.

Omijam centrum Schüttorf, zakupy zrobię w Bad Bentheim (gdzie miałem już w schronisku zarezerwowany wczorajszy nocleg, lecz gdy zaraz za autostradą napotkałem o połowę tańszy kemping- odwołałem) i kieruję się na granicę.

---

Za Bad Bendheim, zatrzymałem się na obiad w szopie (jakkolwiek śmiesznie to nie brzmi), zaraz przy skrzyżowaniu mało ruchliwych dróg i ruchliwej trasy rowerowej.
Szopa ta jest przestronna, z ławeczkami dookoła i dwoma a'la barowymi, stołami.
Idąc, teren zaczął się tu już nieco piętrzyć i z utęsknieniem wypatrywałem takiego schronienia. Moją radość spotęgował deszcz, który akurat zaczął padać (lekki, ale zawsze siedzę pod dachem).
Podgrzałem, zjadłem i wyczyściłem garnek (nawet jak mi się nie chce to i tak to robię, póki nie zaschnie, wystarczy lekko przemyć i przetrzeć).
W czasie posiłku obok przejechała dziewczyna wdzięcznie podskakująca na szarym koniu, dwie inne przebiegły.
Rozłożyłem się pod ścianą, wzdłuż długiej ławy i odpoczywałem. Skręciwszy głowę w prawo, pod stołem na którym stała moja kuchnia, idealnie widziałem otoczenie. Z racji głębokości samej szopy i pozycji wertykalnej, mnie nie było widać.

Zapadłem w lekką drzemkę, aż słyszę, że ktoś się zbliża, obróciłem głowę. Do szopy wszedł i odetchnął, starszy piechur: miał kijek do podpierania się, torbę przez ramię i czapkę z daszkiem. Wyraźnie był zadowolony, że znalazł się pod zadaszeniem. Wtem, z głębi rzuciłem "halo". Facet spojżał pod stół i- jak odskoczył! Wróciłem do wcześniejszej pozycji. Odpowiedział, speszony napił się wody i odszedł. Poprzysiągłbym, że chciał dłużej posiedzieć.

Dalej sobie drzemie, aż słyszę jakiś "rozklekotany" dźwięk. Przyjechało 3ech młodych łebków w quadach na pedały, takich, jakie często można wypożyczyć na różnych deptakach. Też byli zaskoczeni widząc mnie. Słucham ich i wydaje mi się, że mówią po polsku... nie, to jednak niemiecki... Polski!
-Mówicie po polsku?- pytam
Młody w barwach Barcelony, który pokazał się liderem tej grupy, się ożywił;
-No raczej!
Mieszka tu z rodzicami, a najstarszy z nich, jest jego kuzynem i przyjechał tu w odwiedziny. Najbardziej niemrawy był Niemcem. Pojazdy są ich i sobie jeżdżą. Niekiedy przeinaczał polskie słowa i miał wyraźnie twardy akcent. Na moje pytanie, dowiedział jeszcze, że w szkole, jeszcze młodsi od niego Polacy w ogóle nie znają ojczystego języka. Po za tym jest dużo Turków i Rosjan.
Wspomniałem, że idę do Anglii i padło typowe pytanie: "a chciało się panu"? 
-Nie jestem pan, jestem Maciek. Tak, dla urozmaicenia.
Poczekali jeszcze chwilę, aż przestanie padać, życzyli mi udanej podróży i pojechali.

Na koniec, pojawił się facet, przeczesujący trawnik w poszukiwaniu liści mlecza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz