Prolog, czyli intro(wersja).

Jutro wyruszam pieszo na zachód w kierunku wysp brytyjskich. Gdzieś po drodze w życiu zgubiłem sens...  choć być może go po prostu dotychcza...

czwartek, 16 lipca 2015

#039:07.09cz Hamburg - #043:07.13pn Lilienthal

#039: 07.09cz / #040: 07.10pt
Hamburg- wielkie zróżnicowane miasto. Od typowych, mieszkalnych przedmieści gdzie widzisz dzieci wędrujące do szkół; przez biznesowe dzielnice z wysokimi wieżowcami i ludźmi w garniturach, handlowe centrum, aż po bardziej klimatyczne części miasta- kreowane niegdyś przez władców i artystów, a obecnie przez (sub)kulturę i samych mieszkańców.


Mój hostel znajdował się nieopodal zdecydowanie najciekawszej dzielnicy Hamburga- st. Pauli. Dzielnica klubów nocnych i różnorakich małych lokali.
Niemal na każdej ścianie znajdujemy grafitti, a na każdym elemencie otoczenia znajdziemy masę wlepek. Widać jak przedstawiciele poszczególnych grup chcą przekazać swoje racje światu, lub prowadzą między sobą swoisty dialog: od nazistów, przez antyglobalistów, aż po wegetarian. Ponadto, ludzie utożsamiają się z samą dzielnicą- nawet kilka km. za Hamburgiem, ktoś miał w ogrodku flagę z czaszką st. Pauli.

Po odnalezieniu budynku, naciskając przycisk "instant sleep" na domofonie, o dziwo nie zapadłem w natychmiastowy sen, ani też nie teleportowało mnie do łóżka. Po wejściu na górę i przejściu przez oświetlony na niebiesko hol, trafiłem do przestronnego pokoju. Ktoś leżał na podeście z poduszkami wpatrzony w tablet, inni siedzieli przy wiklinowym stoliku pijąc kawę, a jeszcze ktoś przygotowywał sobie jedzenie. W tle leciał relaksujący lounge/chillout.
Następnego dnia rano.
Za barowym oknem oznakowanym jako "reception" był przyjazny, łysy gość z brodą i w okularach. Sprawdził moją rezerwację, zapłaciłem, dał mi klucz i po krótce objaśnił na mapce, co gdzie jest- pokój (ośmio osobowy) na końcu holu. Miejsce obok gniazdka muszę sobie znaleźć, a zawsze mogę skorzystać z gniazdek tu.


Podstawowy standard. Jak się później okazało, po za mną były 3 osoby- wszyscy na dolnych łóżkach. Śmieszna Chinka i równie śmieszny Tajwańczyk (nie pogadałem z nimi za długo, ale od gościa z Tajwanu dowiedziałem się, że kilka dni terenu był w Krakowie) i Nadina, która urodziła się Ukrainką... ale teraz jest Rosjanką. Tak, pochodzi z Krymu. Spędziliśmy razem trochę czasu. Mieszka w Berlinie, przyjechała do Hamburga, żeby zapisać się na studia magisterskie ze sztuki, przez co zwracała uwagę na liczne, znajdujące się w mieście rzeźby.

Chodząc po mieście, wszedłem do oldskulowo wyglądającego "Internet Café" (tak rzadko już je się widuje). Przy kineskopowych monitorach, sami czarni. Eee... afroamerykanie. Pytam właściciela, czy dostanę tu internet, WC i kawę. Wszyscy klienci odwrócili się w naszą stronę, a ten, zdziwiony wytrzeszczył oczy (co było wyjątkowo zauważalne) i mówi, że ma inne napoje, ale nie kawę. Ale przecież to jest "internet café"... bez café?- pytam. "Ale to się tylko tak nazywa"- spokojnie mnie poinformował i z satysfakcją dodał, że ma za to internet i WC.

Następnego dnia rano, jeszcze zanim przyszedł gość z recepcji i mogłem się wymeldować, na spokojnie rozsiadłem się w lounge roomie i słuchałem muzyki popijając darmową, ale niespecjalnie wyszukaną, kawę. Niebawem przy stole udział koleś, który chyba dopiero wrócił z imprezy. W ogóle się nie ruszał, cały czas patrzył w jeden punkt... ciekawe co mu było.

Prawdziwym problemem okazało się piesze opuszczenie miasta, w porządnym przeze mnie kierunku. Wpierw samo przedostanie się przez Elbę- poprzedniego dnia dowiedziałem się o tunelu, sprawdziłem na mapie- ok. Poszedłem do określonego punktu. Okazało się, że w tym miejscu nie ma żadnego wejścia, ale faktycznie podemną przebiega tunel- jedynie samochodowy. Jest możliwość przejścia starym tunelem. Nadłożyłem 8km.
Sama droga "pod wodą" jest ciekawa (choć wody nie widać). Tunel służy normalnie mieszkańcom za codzienny transport przez kanał. Po każdej ze stron,  nieustannie pracują masywne, wyglądające na oryginalne, windy. Pod koniec drobno wykafelkowanego tunelu, nad idącymi wisi dziwne urządzenie: turbina z wiatrakiem połączona z głośnikiem, z którego leci- równie dziwna- muzyka. Pewien Rosjanin, z którym jechałem chwilę później windą, kamerował to coś z nieukrywaną fascynacja.

Gdy byłem już po drugiej stronie i wydawało mi się, że "wystarczy" już tylko pokonać potężny most- myliłem się, zakaz ruch pieszego. Pod nim, przeszedłem 2km jakaś drogą techniczną, gdzie nikogo nie było, aż do wody. Już myślałem, że po raz kolejny czeka mnie cofanie się i zrezygniwany chciałem wyjąć kuchenkę i zacząć pichcić, ale zobaczyłem na mapie, że na drugą stronę płynie prom!

Kilkaset metrów dalej, trafiłem na nabrzeże, gdzie akurat po chwili podpłynął "König der Löwen", którego widziałem już wcześniej grasującego po kanale. Za cenę biletu autobusowego: 1,5€ przeprawił mnie na drugą stronę, tej odnogi Elby.


Na tym nie koniec, do pokonania został jeszcze spory kawałek portu- drugiego pod względem wielkości w Europie...


#042 2015.07.12nd

W końcu przestało padać... już od Hamburga pogoda zmienia się co chwilę.  Wczoraj ponura, mokra aura towarzyszyła mi przez większą część dnia, a trzeba dodać, że niemieckie niedziele są dodatkowo zamulone z powodu braku handlu- szczególnie w małych miejscowościach, przez które szedłem. Akurat gdy zacząłem szukać miejsca na nocleg, lunęło jakby ktoś na górze spuścił wodę... opuszczałem wtedy Wangersen, dookoła same pola i jedna kępka drzew, obok wiatrak. Gęsto rozmieszczone, acz wątłe drzewa na niewiele się zdały. Stałem, mokłem i czekałem, aż choć trochę zelży, abym mógł się rozbić. Mogłem iść, skoro i tak moknę, szukać czegoś lepszego, ale tym razem uznałem, że lepszy wróbel w garści. Nie miałem siły. W końcu, gdy trochę się uspokoiło,  udało mi się rozstawić namiot.

Wyglądały mniej więcej tak.
Ten już jest akurat rozgnieciony.
Dlatego jest taki płaski. I niezadowolony
.
Wszedłem do środka, uprzednio wrzucając plecak i- jak zawsze w tym momencie- odetchnąłem z ulgą... gdy zaczęły pojawiać się robaki! K*rwa! Rozkłądając namiot, położyłem plecak na stercie liści! Zaczęła się stopniowa eliminacja... gdy w końcu skończyłem, pomimo pracującego i skrzypiącego co pewien czas, ogromnego wiatraka obok mnie i jeżdżących w oddali samochodów- odpoczywało się pierwszorzędnie. Gdy pada, a masz już (odrobaczone) schronienie- prawdziwie to doceniasz... szczególnie mając kuchenkę i eintopf z wieprzowiną, kapustą kiszoną i ziemniakami! ...oraz naładowany czytnik ebooków.


#043 2015.07.13pn

"Deszcz zacznie się za 40 minut" ;)
Po wczoraj, przestałem wierzyć prognozie, z której dotychczas korzystałem. Po obudzeniu, w oczekiwaniu na przerwę w opadach, zainstalowałem Accu Weather, 10mln pobrań powinno o czymś świadczyć, zobaczymy.




Nie wiem czemu, 
ale pomyślałem o "abonamentach",
których obsługiwałem w byłej firmie...

Dotarłem do Zeven i w pierwszej kawiarni rzuciłem się na wielki kubek kawy z donutem (którego promowali na tablicy przed wejściem). Pyszna cywilizacja.

Po raz kolejny uderzyła mnie cena jabłek. W Netto (podobnie, jak w innych miejscach) kilogram (różne rodzaje) kosztuje 2,49€. Za 2 przeciętnej wielkości jabłka zapłaciłem 1,09€, zatem jedno jabłko 0,5€, gdzie za tyle samo mamy dobrą czekoladę z orzechami w Aldim. Tak samo w Polsce za pół euro kupimy czekoladę, ale już nie jedno, a 4 jabłka (ok. kilogram)... lub browara.

Za Zeven miałem do wyboru 2 drogi.
Prognozowano opady, więc poszedłem lasem.


Stare szlówki odcięte, nowe wydłubane.
Jeszcze kilka kilometrów w nich zrobię.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz