Prolog, czyli intro(wersja).

Jutro wyruszam pieszo na zachód w kierunku wysp brytyjskich. Gdzieś po drodze w życiu zgubiłem sens...  choć być może go po prostu dotychcza...

piątek, 24 lipca 2015

#054 2015.07.24 Schüttorf


Po raz kolejny przekonuję się o opłacalności korzystania
z kempingów niedaleko ruchliwych ulic. A30 500m dalej
była tylko oddalonym szumem.
Biuro miało przerwę do 10ej, zabrać się powinienem do 11ej. Nienasycony bieżącą wodą, jeszcze raz wziąłem prysznic i spokojnie spakowałem dobytek oczekując, aż ostatnia dioda na power banku przestanie migać, co by symbolizowało naładowanie.


czwartek, 16 lipca 2015

#044 | 2015.07.14wt | Ostertimke - Lilienthal

#044 Na Lesbijskiej Łące
W filmie nie wyjaśniłem, czemu "Lesbijska Łąka". Młoda, krótko ostrzyżona właścicielka łąki, która przyjechała zaalarmowana, powiedziała że dała jej znać jej "girlfriend" z psem.

#039:07.09cz Hamburg - #043:07.13pn Lilienthal

#039: 07.09cz / #040: 07.10pt
Hamburg- wielkie zróżnicowane miasto. Od typowych, mieszkalnych przedmieści gdzie widzisz dzieci wędrujące do szkół; przez biznesowe dzielnice z wysokimi wieżowcami i ludźmi w garniturach, handlowe centrum, aż po bardziej klimatyczne części miasta- kreowane niegdyś przez władców i artystów, a obecnie przez (sub)kulturę i samych mieszkańców.

środa, 8 lipca 2015

#038 2015.07.08śr Glinde

#035 2015.07.05nd Perlin-Zarrentin
Tia... Idąc w plener, nie bierzcie ze sobą jaskrawych, zielonych rzeczy- nie wiedzieć czemu, te małe, latające żuczki, wyjątkowo sobie, ten kolor, upodobały. Wystarczy je strzepnąć i spadają, później muszę szybko złożyć ręcznik, zanim znowu na nim usiądą.

sobota, 4 lipca 2015

#034 20150704 Schwerin-Perlin

Przez ostatnie dni...

...wstawałem że wschodem słońca...

...szedłem...

...odpoczywałem...

...podziwiałem kreatywność drwali...

...jadłem na obiad resztkę musli zapisaną resztką wody z miodem...

...pliłem kawę (nawet, gdy już po zamówieniu okazało się, że w kawiarni nie ma Sztekdołza...

...patrzyłem, jak rośnie kukurydza...

...odkryłem puszkowane Eintopfy!...

...robiłem pranie w rzece...
...a chwilę po tym, jak z niej wyszedłem po kąpieli, przepłynęła armia kajakarzy, którzy chyba byli zaskoczeni, że im macham, myjąc zęby...

...i znowu szedłem...

...i odpoczywałem (w tym skwerze jest to konieczne dosyć często. Po za tym, noszę 2x1,5l wody- jedna butelka schodzi zbyt szybko)...

...aż w piątek w południe doszedłem do Schwerina. Od razu, na głównej ulicy znalazłem hostel...

...lecz nowy goście przyjmowani są od 16ej...

...więc zwiedzałem...



...zaopatrzyłem się w gaz i dodatkową ładowarkę...

...zwiedzałem...





...po 16ej rozbiłem się w hostelu...


...i poszedłem do miasta...






...rozbiłem się dosłownie- namiotem. Był komplet, więc właścicielka zaproponowała taką możliwość, schodząc z ceny...
...teraz, po 7:30 dom się budzi, a ja ruszam, żeby zrobić trochę kilometrów przed upałem.





---

Gdy spakowałem namiot i zbierałem się do opuszczenia noclegowni, na śniadanie zeszło kilkoro Niemców, w różnym wieku. Przygotowywali się do Schweriner Fünf Seen Lauf- Biegu Pięciu Stawów, w ich wypadku, na 10km. Rzeczywiście, widziałem wczoraj w mieście kolorowe flagi z tej okazji.

Gdy o pół do dziewiątej pożegnałem się i wyszedłem na Werderstraße, pomimo  rześkiego poranka, czuć było, że będzie to doprawdy upalny dzień. Idąc bez pośpiechu przez budzące się miasto, widziałem ludzi idących, biegnących, lub wsiadających do samochodów w sportowych strojach. Chroniąc się przy ścianach budynków przed pierwszymi, odczuwalnymi promieniami słońca, przypomniałem sobie, gdyński Bieg Europejski, również na 10km i również w pełnym słońcu- lecz majowym. Jakim wysiłkiem był wtedy stosunkowo niski podbieg z ul.Polskiej na Janka Wiśniewskiego... nie zazdroszczę dzisiejszym biegaczaczom.

-Nie łap się teraz za głowę,
mówiłem ci, że muszę iść.
Zrobiłem zakupy, aż do poniedziałku. Na razie mam dosyć chodzenia głównymi drogami, więc uwzględniłem brak sklepów spożywczych po drodze (i niedzielę, gdzie są zamknięte). Po za tym, z tego co widzę, w Niemczech nie ma małych, osiedlowych sklepów! Same dyskonty typu Aldi, Lidl, Netto. Dotychczas napotkałem 1 mały "Laden", aż żałuję, że nie zrobiłem mu zdjęcia na pamiątkę. ...być może taka pełna "dyskontonizacja", czeka również polski rynek.
Woda i puszki- plecak waży chyba z 20kg.

Wychodząc z miasta, na zachód oczywiście, przeszedł przez trasę biegu, o czym zorientowałem się, gdy zobaczyłem, za sobą zawodników. Zdziwiłem się, że tak mimochodem znalazłem się na trasie, ale okazuje się, że nie są one całkowicie zamknięte. Wcześniej widziałem tablice z uwagą, żeby uważać na biegnących, a na skrzyżowaniach stoją policjanci, którzy jeśli nikt nie biegnie, puszczają zmotoryzowanych. Teoretycznie, powinno to umożliwić wjazd najbardziej potrzebującym. W praktyce, szedłem równolegle do kolejki samochodów z niezadowolonymi pasażerami, aż do autostrady.
Dodatkowo, droga prowadziła pod górę. W momencie, gdy pot zaczął spływać mi do oczu, zapragnęłem mieć frotkę. Zatrzymałem się na przystanku, wyjąłem z plecaka skarpetę i obciąłem jej górę. Odpowiedniej grubości i z odpowiedniego materiału... a skarpetę, w zasadzie tym samym, przerobiłem na "stópkę", ale raczej nie będę z niej korzystał.

Gdy po 11ej doszedłem do Wittenförden, powietrze było już dobrze nagrzane. Korzystając z okazji, że jeszcze jest tu Netto, schowałem się w cieniu zadaszenia wózków, żeby wyzerować, niedawno przecież otwartą, butelkę i wziąć pełną. Przy tej temperaturze czekolada byłaby słabym pomysłem, więc jako "coś na ząb" wziąłem orzechy i żelki (mógłbym je jeść tonami).

W południe, słychać było syrenę strażacką. Idąc drogą rowerową za Wittenförden w pełnym słońcu, zdecydowałem zrobić postój- wędrówka w takiej temperaturze nie ma sensu. 

Za lasem wyszedłem na polanę, gdzie się rozłożyłem.

o_O
O 15ej, gdy słońce zaczęło zabierać mi cień, przeniosłem się na drugą stronę polany.
Leżąc w cieniu i się pocąc, trochę poczytałem i obszyłen skarpecianą frotke, bo się strzępiła. Ogólnie, pogoda nie motywowała do podejmowania jakichkolwiek działań.

O 18ej ruszyłem z nową energia. Wkroczyłem na drogę pielgrzyma. Tutaj, po za muszlą Jakuba, przy drogach stoją grzybki z informacją, po niemiecku "Święta Birgitta V Szwecja"- nie wnikałem.
Raptem po kilometrze, napotkałem ławkę. Wyjątkowo wyeksponowaną, pojedynczą ławkę, a że była w cieniu i przez ostatni miesiąc wyjątkowo polubiłem ławki, stwierdziłem, że droga poczeka i przysiadłem.
Siedząc tak i dłubiąc coś na blogu, z prawej nadjechał kolorowo ubrany człowiek na rowerze. Szeroki, naturalny uśmiech sprawiał, że wyglądał na wyjątkowo pozytywnego gościa. Gdy mnie mijał przywitaliśmy się i już miał jechać dalej, gdy zwolnił, zawrócił i zapytał o moją Drogę i czemu akurat tędy. Początkowo po niemiecku, lecz od razu przeszliśmy na angielski.
Thomas, wraz z żoną (akurat do niego dzwoniła), która jest luterańskim pastorem, mieszkają przy kościele. Zaproponował mi nocleg, gdyż mają do tego warunki, jednak musiałbym się cofnąć 3km. Rozumie podróżnika, bo "będąc w moim wieku" był pieszo i autostopem m.in. również w trójmieście, oraz Suwałkach, a nawet w Sudetach. Patrząc na mapę na moim ekranie, dał wskazówki co do dalszej trasy. Na koniec spytałem go, czym się zajmuje- jest architektem. Dobrze się z nim rozmawiało.

Wbrew planom, nie poszedłem nad samo jezioro, słysząc z oddali gwar tam panujący. Powoli robiło się ciemno, zaczynało kropić i grzmieć, a ja nie byłem rozbity. Tuż przed samym Perlinem natrafiłem na idealną, osłonięta od ulicy polanę. Burza była nie słaba.



środa, 1 lipca 2015

#030 Klueß-Güstrow-Bülow

Od rana byłem bez smartfona, a co za tym idzie, bez możliwości robienia zdjęć i dokładnego sprawdzenia gdzie jestem. Resztka prądu poszła na nieudaną próbę uploadu po słabym Edge'u (2,5G) zdjęć do ostatniego posta.
Gdy w końcu ruszyłem, było już po południu. 

Wczoraj, już po przekroczeniu autostrady A19 Rostock-Berlin, sporo czasu spędziłem szukając dogodnego miejsca do kąpieli wzdłuż rzeczki biegnącej równolegle do drogi, którą szedłem- nie znalazłem. Tym z większą przyjemnością zanurzyłem się dzisiaj w "Nebel", przepływającej raptem 2km od miejsca gdzie nocowałem, pod drogą, którą szedłem. Na mostku była co prawda jakaś zakazującą informacja, kończąca się słowem "verboten", ale kto tam Niemców zrozumie- tym bardziej, że woda była wyjątkowo czysta, o czym dodatkowo świadczyła bogata roślinność... pewnie znowu naruszyłem jakiś rezerwat przyrody.

Dotarłem w końcu do Güstrow, największego dotychczas, niemieckiego miasta. Byłem bez nawigacji, a z zapotrzebowaniem na prąd. Zazwyczaj, możemy domyślać się, że w mieście jest McD, obserwując pobocza już kilka kilometrów wcześniej. Kubeczek po McFlurry, pudełko po BigMacu... zbliżam się. Będąc już w Güstrow, kierowałem się oficjalnymi znakami McD i Burger Kinga. Haczyk, w porównaniu do Polski, jest taki, że na tabliczce nie ma podanej odległości dzielącej nas od celu. Idąc już spory kawał pomyślałem, że mogłem poszukać bliżej jakiejś kawiarni, ale skoro już idę... po ponad 2km doszedłem, teraz, patrząc na mapę, okazuje się, że jest to ostatni budynek w mieście. Fajnie. 

Okazało się, że maja tylko jedno gniazdko na całą salę i dodatkowo zabezpieczone przed dziećmi- były potrzebne posiłki przełożonej, żeby je odbezpieczyć. 

W przeliczeniu na złotówki- jest drogo. Cheeseburger za piątaka, duża kawa (zwykła, nie McCafe)- ponad dychacz. Ponadto, u nas, jako muzyka leci wyselekcjonowana playlista (jakiś chillout/lounge, czy cuś), a tu- radio, z reklamami i dziwną muzyką (dość powiedzieć, że jak wychodziłem, leciała niemiecka wersja "facet to świnia").

Znudził mi się mac, a że jeszcze chciałem podładować, ruszyłem w stronę centrum.

Typowy, niemiecki dom- wysoki i bez okien.
Tutaj wspomnę, o moim sprawdzonym już kilkukrotnie sposobie na uzupełnienie wody. Ogólnodostępny kran, znajdziemy w większości miejscowości w których jest... cmentarz. Tak było i tutaj, na b. zadbanym cmentarzu, na wprost wejscia, znalazłem kran z przyciskiem czasowym.

Kierowałem się do kawiarni niedaleko dworca. Jedna okazała się zamknieta, a w kolejnej nie było gniazdka (odkąd poznałem słowo "steckdose", powtarzam je jak mantre).
W poszukiwaniach, trafiłem na dworcowy bar, znajdujący się w przestronnej sali. Oczywiście, od razu przeskanowałem otoczenie i po wypatrzeniu w rogu sztekdołza, zamówiłem kawę. Przygotował ją, w ekspresie ciśnieniowym, raczej flegmatyczny Turek, który przerwał przygotowywanie sałatki. Oczekując, rozejżałem się po otoczeniu. Przy stoliku blisko baru, było nawet wygodniejsze miejsce do podłączenia się, ale siedział tam jakiś mężczyzna, jak się okazało, dowoziciel posiłków, który niebawem odebrał towar i pojechał do klientów. Ja jednak się nie przesiadłem, siedząc i czytając w rogu. Przez cały czas, Turek powoli coś przygotowywał, coś nucił pod nosem, co jakiś czas chodził na zaplecze- słychać było, że są tam jeszcze przynajmniej 2 osoby. Sporadycznie ktoś coś zamawiał.
Chwilę przed 19ą skończyłem czytać. Kawę miałem dopitą, a chwilę jeszcze chciałem posiedzieć pod prądem i zgłodniałem.
Przeglądając menu, moją uwagę przykłuła "Jufka", z mięsem i bez mięsa. Mięsa, w cheeseburgerach i blockwurstach z Aldiego mam na dziś dosyć, więc poszedłem zamówić warzywną Jufke.
Turek mówił po angielsku, więc rozmowa była łatwiejsza. Poprosiłem o Jufke, zaznaczając, że nie wiem tak na prawdę, co to jest. Wyciągnął zapakowane w folie placki. Aha, w Polsce nazywamy je durum. Porozmawialiśmy chwilę. Turek się nieco ożywił, gdy pochwaliłem przestronną salę, w której się znajdowaliśmy. Ciekawiło mnie, że sprzedaje tutaj też wszelkiego rodzaju torby, rozstawione zaraz przy wejściu, okazało się, że poszedł na układ ze sklepem obok i też eksponuje tu- i sprzedaje- ich produkty gdy tamten jest zamknięty. Nad  torbami, wisiał potężny, kilkumetrowy obraz, przedstawiający miasto z oddali. Zgodnie z podejrzeniami, było to Güstrow, Turek natomiast wskazał takiej samej wielkości obraz, po przeciwległej ścianie, przedstawiający zamek, zabawne że wcześniej go nie zauważyłem. Można go zwiedzić 2 km dalej- dodał, odrzekłem, że jestem tu tylko na chwilę i ruszam dalej. Gdzie? Na zachód, Schwerin.
Nawet w najbardziej
kulturalnym mieście...
Podczas gdy jadłem, do lokalu przyszedł krótko ubrany, cały wytatuowany koleś i miał lekką, słowną spinę z Turkiem, z tego co słyszałem o otwarcie piwa do jedzenia. Turek spytał go: "hast du ein problem?", tamten mu przytaknął, ale nie wiem, co dalej powiedział. W każdym razie, sytuacja się rozeszła.

...powstają zwalczające się subkultury
Idąc później przez ciemniejące i pustoszejące miasto, czułem się trochę nieswojo, mijając podejrzaną grupkę, stojącą gdzieś między budynkami, do której akurat dołączył, potężnej postury, obwieszony świecidełkami i wytatuowany, kolega na rowerze.

Na pewno chciałbym spędzić tu trochę więcej czasu i pozwiedzać, ale droga przede mną.

Gdy wyszedłem za Güstrow, słońce zachodziło. Spokojnie szedłem drogą rowerową obok pól zbóż, po wznoszącym się i opadającym terenie. Rozglądając się po okolicy i sprawdzając Gmaps, szukałem miejsca na nocleg. Rzadko ktoś przejeżdżał, ale jeden samochód zatrzymał się i zaoferował podwózkę- czemu nie. 
Facet wracał akurat z hokeja, ja powiedziałem dokąd idę. Jechałem całe 1,5km, gdyż skręcał w prawo. 
Kilka kroków dalej, skończyły się pola, a za wzniesieniem widać było miejscowość i pierwsze zabudowania, co ważne było wokół sporo niskiej trawy, zszedłem z drogi aby się rozejżeć. Miejsce idealne, dookoła kilka gospodarstw, ale myślę, że nikomu nie będzie przeszkadzało, że się tu rozbije. Akurat w tym momencie drogą, którą przyszedłem jedzie stara fiesta. Macham do kobiety za kółkiem. Odmachała. Macham intensywniej. Zatrzymała się. Otworzyliśmy drzwi pasażera i spytałem czy mogę się tu rozłożyć na noc. Przytaknęła nonszalancko. Upewniłem się jeszcze, że faktycznie tu mieszka, potwierdziła i faktycznie zajechała pod najbliższy dom, pod którym widzę z namiotu zagrodę owiec.

Zasypiałem , gdy basowy dźwięk przelatującego daleko samolotu, wzbudził niepokój 3ech okolicznych psów, które swoim zróżnicowanym szczekaniem, zawiadamiają o tym fakcie otoczenie. Zaśmiałem się do siebie, że dobre miejsce wybrałem, jeśli cała noc ma upłynąć przy takiej symfonii.