Prolog, czyli intro(wersja).

Jutro wyruszam pieszo na zachód w kierunku wysp brytyjskich. Gdzieś po drodze w życiu zgubiłem sens...  choć być może go po prostu dotychcza...

wtorek, 30 czerwca 2015

#029 Teterow-Klueß


To, co buszowało wczoraj w pobliskich krzakach, podeszło również do namiotu i go obwąchało. Po dźwięku, myślę że jadło ślimaki. Oby więcej takich zwierząt.
Czasami, zasypiając z uchem do ziemi, słyszę podziemne życie. Słychać jak coś cicho skrobie i popiskuje. Zazwyczaj po wyjściu z namiotu widać w okolicy obecność kreta, nornicy, czy czegoś, co wykopuje się z ziemi.

W nocy, zgodnie z prognozami padało, lecz ranek, również w myśl przewidywań, był słoneczny, wręcz upalny.
Byłem rozstawiony pod krzakami, na skraju lekkiego spadu, na dole, 15 metrów ode mnie była już ulica, co było słychać. Obudziłem się jednak wyspany i chętny do działania.
Namiot szybko dosechł. Pakując go, na trawniku widziałem kobietę, która spacerowała w moją stronę, lecz zawróciła, chyba gdy mnie dostrzegła. Prawdopodobnie zakłóciłem jej codzienną rutynę.

Miasto wyglądało dziś zupełnie inaczej, żyło. W pełnym słońcu mieszkańcy przemieszczali sie, załatwiając swoje sprawy.

Musiałem cofnąć się kilkaset metrów do Aldiego. Co prawda po drodze był inny market, ale zdecydowanie bardziej wolę pozostać przy jednym, tanim, pewniaku i poznać jego asortyment. Co ciekawe, tak jak w każdej Biedronce mamy taki sam schemat: najpierw pieczywo i owoce/warzywa, tak w każdym Aldim, w którym byłem, na wejściu są słodycze i napoje.

Przypomniałem sobie, ze mam butelkę do oddania i cofnąłem się do maszyny. W Niemczech, za plastikowe butelki pobierana jest kaucja- 25¢, doliczana przy kasie. Pieniądze możemy odzyskać, okazując paragon z maszyny utylizującej, znajdującej się zaraz po wejściu. Jeśli robimy zakupy, to kwota do zapłaty jest obniżona o kwotę zwróconych butelek. Dzisiaj, czekała mnie niespodzianka- z maszyny wystawał nieodebrany kupon na 1,25€. Właściciela nie było, wziąłem go, aby otrzymać, za zwrot swojej butelki. Może Niemcy, są tak proekologiczni i bogaci zarazem, że po prostu się kuponami nie przejmują?- pomyślałem. Choć, jeśli już wyodrębnianiam jakieś cechy wspólne narodu, to przypomina mi się, jak przedwczoraj, widziałem Niemkę wytrzepującą przed domem, zużyty filtr do kawy- są również oszczędni. Nie, to niemożliwe, żeby ktoś świadomie zostawił swój kupon. Dopłaciłem 4¢ i mam dużą, 200g czekoladę.

Chodziłem między alejkami, trzymając całe zakupy na rękach. Zawsze stwierdzam, że kupię tylko kilka rzeczy i koszyk jest mi niepotrzebny, a później żałuję. Zastanawiałem się, co chcę jeszcze kupić.
Zaczepił mnie stary mężczyzna, nie zrozumiałem co do mnie powiedział, więc rzuciłem, automatycznie: "nicht verstehe". Chodziło o wagę plecaka.
-fünfzig kilo- odpowiadam.
-fünfzig !?
-e... fünfzehn!
Spytał gdzie i skąd idę. Na odpowiedź, że do Anglii, spytał:
-na robota?
Potwierdziłem, że szukam pracy. Wtrącił jeszcze jakieś polskie słówko- okazało się, że się w Polsce urodził (kolejny Niemiec z polski, którego spotykam).
Życzył mi alles gutte, ja mu również i poszedłem do kasy. Bardzo serdeczny człowiek.

Chwilę przed południem zatrzymałem się na przerwę na przystanku, na a którym, dopiero po dojściu, okazało się, że nie ma ławki. Nic to, gdy jest karimata.

Cały dzień słońce grzało, ale wiatr skutecznie chłodził.

Wieczorem, pierwszy raz rozstawiłem namiot na takiej suchej, grubej ściółce. Zamaskowany specjalnie nie jestem, ale już czuję, że spać będzie się, jak na najlepszym materacu.



poniedziałek, 29 czerwca 2015

#028 Malchim-Teterow


Wczoraj wieczorem rozbiłem się na polu kukurydzy, wybrałem miejsce, gdzie ledwo coś rosło, pod ścianą z jakiś drzew i krzewów. Wyrównałem ziemię i rozłożyłem tropikal. Akurat wczoraj rano, gdy go zwijałem, był jeszcze mokry. Efektu można się spodziewać- namiot oblepiony ziemią. To jednak ujdzie, w końcu się wytrzepie. Prawdziwym problem był wiatr. W tym miejscu tak piździło, że często budziłem się tylko czekałem, aż powie moje schronienie. Tak się nie stało, ale od rana jestem jak zombie. Do 13 kończyłem poprzedniego posta (momentami korzystanie na smartfonie z pecetowej wersji Bloggera jest utrapieniem).
Na chwilę zadzwoniła do mnie rodzina, aż w końcu, jak się zabrałem, była prawie 16a. Ale cóż, trzeba iść.
Szedłem wzdłuż ulicy, ostatnio często wybieram taką drogę.
Stwierdziłem, że muszę zjeść coś sensownego, ostatnio wrzucam w siebie za dużo węglowodanów prostych, pokroju chleb (w Aldim mają kilogramowe krojone) z przesłodzonym dżemem. I czekoladę na dodatek. Problem, że w Niemczech w Niedzielę jest wszystko pozamykane.
Trafiłem jednak na prawdziwe tureckiego kebaba (a który nie jest). Zjadłem na miejscu, oglądając w telewizornii to, co młody Turas miał włączone- ten film gdzie Schwarzenegger rodzi dziecko, oczywiście po niemiecku.
Zaszedłem jeszcze do mijanego parku i ruszyłem. Duża część drogi miała osobną ścieżkę dla rowerzystów lub pieszych i gdy trochę oprzytomniałem, szło się dobrze.

Zbliżając się do Teterow, nie miałem już prawie wody, a popołudniu grzało. Oczywiście wszystko pozamykane, jedynie stacja na końcu miasta do 22ej, jeszcze godzinę. Gdzie się rozbić, przed miastem, czy za. Aldi, do którego oczywiście jutro wstąpie, jest na końcu, zaraz obok stacji. No to idę po wodę i gdzieś za miastem się prześpię.
Generalnie ulice puste, co jakiś czas przejedzie samochód. Bliżej centrum, przed domem siedziało 3ech seniorów, 2 kobiety i mężczyzna. Pytam ich o otwarte sklepy i konkretnie o stację, muszę podejść bo nie słyszą. Poprosiłem o na nalanie wody. Oczywiście, z wielką przyjemnością, jedna z pań poszła i wróciła z butelką pełną zimnej kranówy. Spytali skąd idę, ale nie skomentowali. Ta, co cały czas siedziała, zatroskała się, że idzie zmierzch, zaproponowała, że niedaleko jest motel. Podziękowałem, poszedłem na koniec miejscowości. Po drodze minął mnie radiowóz i zaczął nawracać. Na pustej ulicy rzucam się w oczy. Na pewno policjanci, tak samo jak ja się zastanawiają, gdzie będę nocował, mając karimatą na plecaku i błąkając się po mieście o tej porze. Nie odrywam wzroku od smartfona. Przejechali.
Przechodząc obok, sprawdziłem jeszcze motel, o którym wspomniała kobieta, 40€ zs noc. Po chwili poszukiwań, znalazłem miejsce nietypowe, między alejką oddzielającą ogródki działkowe, a ulicą wylotową na Güstrow. Jest trochę głośno, gdy coś przejeżdża, ale wątpie, żeby ktoś tu chodził. Z tego co obserwuję, to Niemcy generalnie mało chodzą. Na pewno jest tu bezpieczniej, niż w parku, który mijałem.
...ale coś buszuje po krzakach.




niedziela, 28 czerwca 2015

#022cd:Świnoujście-Prätenow, #023:Prätenow-Relzow, #024:Relzow-Anklem, #025:Anklem-Stammersfelde, #026:Stammersfelde-Tützpatz, #027:Tützpatz-Malchin


#022 ciąg dalszy: Świnoujście-Prätenow

W drodze do centrum Świnoujścia, rozglądając się dookoła, natrafiłem na chiński sklep. Jak to w takich miejscach, napchane towaru, jeden na drugim. Przydałyby mi się dodatkowe gacie (2 pary, które na szybko zamówiłem na allegro okazały się za małe, więc ich nawet ze sobą nie zabrałem). Wybrałem 2 pary slipów, w tym drugą bambusową. Włókno bambusowe uznawane jest za antybakteryjne i oddychające- zobaczymy. Nie miałem już PeeLeNów (nie chciałem nosić w portfelu skoro i tak mi się nie przydadzą, więc resztkę przejadłem w macu i wrzuciłem do ichniejszej skarbonki), kartą płacić nie można, ale mam kilka euro. Na pytanie o kurs, padła odpowiedź 4- no to Spoko. Pani wyjęła chiński kalkulator i szybko przewalutowała kwotę 15PLN na ojro, zapłaciłem i wyszedłem usatysfakcjonowany... choć nie do końca. Nie miałem przyjemności usłyszeć "cieńtobry". W gdyńskim Chińskim Centrum, sprzedawcy z dumą reprezentują swój towar, a tu obsługiwały 2 kobiety, które jedyne, co miały z Chinami wspólnego, to kalkulator.

Poszukiwanej ładowarki nigdzie nie mieli. W księgarni dostałem mapę samochodową Niemiec w skali 1:650000, poglądowo musi wystarczyć. Rozglądałem się przy okazji za tanim, używanym netbookiem. Brakuje mi PeCeta! Do pisania, lub chociażby do sprawdzenia odległości między dwoma punktami- banalnie proste w Gmaps na PC, niewykonalne na androidzie, bez prawego przycisku myszki. W jednym serwisie, widząc moje zainteresowanie, sprzedawca zaczął już się nakręcać, na sprzedanie mi Atoma, 1GB, bez baterii, ale podziękowałem.
Eh, mogłem zawczasu zamówić co potrzebowałem i odebrać w jednym z 2 znajdujących się w Świnoujściu paczkomatów, czy też przed podróżą, ale trudno.

Po załatwieniu sprawunków, pożegnałem, tak zwaną, ziemię ojczystą i ruszyłem.
Wbrew wcześniejszym podchodom z północnej strony miasta, teraz wybrałem drogę wychodząca od południa, bliżej Zalewu Szczecińskiego. Po części dlatego, że było mi bliżej z centrum, ale co istotniejsze- jest bardziej ukierunkowana na cel. Cały czas mam dylemat: na ile rekreacyjnie traktować tę podróż? Chciałbym iść bliżej morza, ale wydłużyłoby to znacznie czas.

Po drodze dwukrotnie widziałem rodaków (tj.na polskich tablicach) zwożących do kraju na lawetach samochody, które "Niemiec płakał jak sprzedawał".

Mijałem pierwsze finezyjne, niemieckie domy i chwilę przez 19ą dotarłem do dzisiejszego celu- Prätenow i zacząłem kierować się w stronę, oddalonego o 1km, Zalewu Szczecińskiego (który w tym momencie nazywał się już Stettiner Haff). Niebo było zachmurzone równo, ale stwierdziłem, że z tych chmur nie będzie padać (jakbym się znał na chmurach). Nie aktualizowana od Świnoujścia prognoza zapowiadała deszcz po 18ej, jako że miało iść z zachodu, a ja na zachód- spodziewałem się, że się z deszczem minęliśmy. 
W połowie drogi lunęło, wielkimi kroplami. Nie zapowiadało się, że przestanie, więc na środku polnej drogi przebierałem się w ubrania przeciwdeszczowe, gdy zobaczyłem jadący z oddali, biały samochód. Zszedłem na bok, żeby zrobić miejsce Oplowi pick-up, którym jechały 2 osoby. Siedzącą za kółkiem, krótko ostrzyżona kobieta w średnim wieku wyszczerzyła się w podziekowaniu, potakując głową. Samochód zatrzymał się przy oddalonej chatce. Gdy ruszyłem po przebraniu się, pojazd, w drodze powrotnej, nadjechał z naprzeciwka. Z przyzwyczajenia, zazwyczaj schodze na lewą stronę, tym razem, zszedłem na prawą, chyba czując, że kobieta będzie miała otwarte okno- i tak też było. Zrównaliśmy się, samochód zatrzymał się, pani kierowca była cały czas wesoła, a rozmowa z mojej strony przebiegała łamanym niemiecko-angielskim.
-ich gehe nach wasser- powiedziałem.
Kobieta jeszcze bardziej się roześmiała:
-Ja! Das ist richtig! Aber wir habe wasser...!- tu pokazała na niebo, z którego nie przestawało padać.
Zaproponowała schowanie się w szopie, którą wskazała palcem 20 metrów od drogi, którą mijałem. Upewniłem się, również wskazując ową szopę. Dodała jeszcze coś w stylu: -können schlafen. 
Jeżeli nie zaprosiła mnie właśnie do siebie na noc, to na pewno pozwoliła przespać się w szopie.
Mąż, siedzący obok, przez cały czas mnie badawczo obserwował, choć być może taki wyraz jego twarzy nadawała mu lekka jej deformacja i w następstwie wytrzeszcz jednego z oczu. Podziękowałem, na razie jeszcze sprawdzę jezioro. Odjechali, a ja po kilku krokach uświadomiłem sobie atrakcyjność tej opcji i stwierdziłem, że chcę do szopy.
Na miejscu rozwiesiłem rzeczy do suszenia, rozłożyłem karimatę i w błogim spokoju, słuchając kropel stukających o dach, obserwowałem jaskółki krążące na zachmurzonym niebie.
Jestem trzeźwy. To relaks.

Czułem olbrzymią wdzięczność za bezinteresowne wyciągnięcie ręki do moknącego przechodnia.
Do spania, nieco zniechęcał fakt, że siano pokryte było małymi pajęczynkami, w których mieszkały małe, czarne pajączki, ale ta perspektywa i tak wygrała z wizją rozstawiania i składania mokrego namiotu.


#023:Prätenow-Relzow

Budzi Cię w środku nocy głośny dźwięk deszczu, otwierasz oczy i widzisz ścianę wody, czujesz na twarzy chłodny powiew. Po chwili uświadamiasz sobie, że jesteś 300km od domu, w otwartej niemieckiej szopie, a siano wokół Ciebie stanowi gniazdo dla małych pajączków- zapięty po nos śpiwór równie dobrze mógłby być zrobionym przez nie kokonem. Niepowtarzalne doświadczenie.

Rano było chłodno, lekko kropiło. Chciałem chociaż zobaczyć zalew, sprawdzić, czy nie ma drogi plażą, ale ponownie, w połowie drogi się rozpadało. Przeczekałem trochę w schronieniu, nie mam ochoty moknąć... chociaż przydałyby się przyspieszyć. 

Wczoraj wieczorem, wysyłałem SMS-a do ojca, ale oczywiście nie przeszedł. Przez większość czasu mam telefon offline, dla oszczędności energii. Zapomniałem, że tym razem taki pozostanie, aż do zmiany SIMa. Teraz, nie mogę nawet sprawdzić pogody.

Idąc mijałem pole zielonego groszku. Dawno nie widziałem rosnącego groszku. Przypomniało mi się dzieciństwo. Często bywałem z rodziną na działce. Był tam domek, szklarnia, a dookoła najróżniejsze rośliny chodowane przez moją mamę, w dużej mierze jadalne. Nie mogę sobie przypomnieć gdzie dokładnie rósł groszek... chyba z tyłu. Pamiętam natomiast podparte patyczkami krzaczki, ze zwisającymi z nich strączkami- właśnie takimi jak ten. I pamiętam słodki, delikatny smak, takiego właśnie, niedojrzałego jeszcze, malutkiego groszku, który można było jeść w całości... to znaczy, bez krzaczka.

Po dotarciu do Usedom, pierwszej miejscowości z dyskontem, a konkretnie z Aldim, zakupiłem potrzebny starter i trochę jedzenia. Stwierdziłem, że warto by też wypłacić trochę euro, które zapewne już czekają przewalutowane (BTW, część sklepów nie akceptuje kart Visa, a część MasterCard- w Aldim jest to Visa, co potwierdziło się, gdy ją wyjąłem. Generalnie lepiej mieć gotówkę). 

Idąc do centrum spytałem 2 babki o "geld machine" trochę się zaśmiały, ale otrzymałem dokładne dyrektywy (też bym się zaśmiał, gdyby podszedł do mnie jakiś obcokrajowiec i spadł o "maszynę z pieniędzmi", choć różnica niewielka, bo bankomat to Geld Automat).

Bankomat Sparkasse znajdował się w środku, w holu placówki tejże. Obok był też wpłatomat i- z tego co zrozumiałem- " mat" do drukowania wyciągów z konta. Ustawiłem się za kobietą, przy bankomacie.

Gdy przyszła moja kolej i podszedłem do maszyny z pieniędzmi, zobaczyłem leżący portfel, lub saszetkę na dokumenty. Wybiegłem za kobietą wołając, spytałem czy to jej. Była zaskoczona, jak mogła coś zostawić i podziękowała. Heh, założe się, że paradoksalnie wytrąciła się z równowagi w momencie gdy wyciągając pieniądze spojżała z obawą w moją stronę (mogła się wystraszyć mokrej postaci w ciemnym a'la dresie... choć kaptur chyba zdjąłem).
Patrząc z kilkadziesięciu metrów, nie wierzylem.
A jednak. Ktoś namalował sobie surykatkę.
W każdym razie załatwiłem to, co chciałem i pomogłem tubylcowi- morale skoczyły, mogę iść dalej (po za tym, miałem super czekoladę z orzechami z Aldiego za 0,45¢).

Słabo widać, ale na tym zdjęciu jest
biały koń i mnóstwo kaczek.

Cały dzień przelotnie pada. Pomimo wyjątkowo cisnącego dziś pasa biodrowego, chcę wyrobić zakładaną normę 20km. Gdy o 18ej znowu lunęło, szedłem przez las, obchodząc podmokłe tereny rozlewisk rzeki Peene.
Byłem zmęczony i mokry, powoli szukałem miejsca na nocleg, lecz po drodze wyrosła przede mną wyjątkowo niska, myśliwska ambona. W sumie, czemu by w niej nie przeczekać oberwania chmury. Dawno nie otwierana- była pajęczyna na drewnianym ryglu. W środku, na podłodze, pod nagromadzynymi liści i szyszkami, wykładzina, oczywiście w odpowiednich, maskujących wzorach- wersja eksklusive.
Rozsiadłem się wygodnie. Zadowolony, że jeszcze w Świnoujściu kupiłem w końcu kawę rozpuszczalną (miałem głupi pomysł, żeby skazywać się na konieczność gotowania wody na palniku turystycznym dla sypanej kawy z biedronki) przystąpiłem do grzania wody na Nescafé. To, że jest to woda gazowana nie powinno przeszkadzać (kupując w Aldim wodę oznakowaną jako "classic" spodziewałem się bezbąbelkowej, a powinienem szukać "ohne kohlensäure"). Kawa na wodzie gazowanej jest obrzydliwa, słona. Słono-gorzka ciecz. Próbowałem się nią delektować, ale nie dało się. Wylałem. Pomyślałem, że w takim razie przygotuję coś do jedzenia. Z tego co miałem na konkretnie, co by pasowało, miał powstać kus-kus na kostce rosołowej z gotowaną cebulą i masłem. Mniam! "Miał powstać" w poprzednim zdaniu zdradza efekt końcowy. Nieuważnie zahaczyłem i wypierd*oliłem mozolnie poszatkowaną, gotującą się cebulę na piękną wykładzinę myśliwego. Kilka głębokich wdechów... Ah, jak Droga aka Pielgrzymka szlifuje cierpliwość. Bez cebuli też było dobre. Przy okazji- nie denerwują was wszechobecne "wzmacniacze smaku"? W wołowej kostce rosołowej Knorra, były 3 różne! a sam smak... po prostu słony. Owszem, zazwyczaj smak jest wyraźniejszy, ale chodzi o samą ideę: nie czujesz się oszukiwany, że sprzedany Ci produkt, który pierwotnie smakował zupełnie inaczej, a został jedynie podkolorowany? G*wno zapakowane w papierek od snickersa, snickersem się nie stanie. BTW, ciekawe jak smakuje sam wzmacniacz smaku. Czy gdy go weźmiesz do buzi to czujesz smak... kubków smakowych?

Intensywny deszcz ustał, wyszło słońce.
Szedłem na spokojnie szukając noclegu, gdy napotkałem jeszcze ciekawszy obiekt...


Zamknięte na gwóźdź.
Nie otworzył byś?

Tajna baza! Marzenie z dzieciństwa!
Wersja z rozkładaną kozetką.


Strefa 51


#024:Relzow-Anklem

Obudziłem się w nijakim nastroju. Za oknem (ech, jak chciałbym mieć okno- za moskitierą) niebo zachmurzone, buty nie wyschły ani trochę, a przez to, że rozbiłem się w gęstej trawie, po namiocie łażą ślimaki, te bez skorupy. Przynajmniej miejsce spokojne.
Pakuje się, aż nagle słyszę samochód. Zatrzymuje się. Cholera, jednak nie zbyt spokojne. Słyszę głosy zbliżające się w moją stronę. Pewnie to leśnicy, a rozbiłem się na obrzeżach jakiegoś parku narodowego- w końcu te punkty obserwacyjne. Słyszę jak jeden z Niemców komentuje to, co widzi, zrozumiałem: ...und eine Socke!" Owszem, miałem skarpety przerzucone przez dach namiotu. Mieszkańcy zadzwonili, że ktoś rozbił namiot, to na pewno policja... W myśl, że najlepszą obroną jest atak, otwieram namiot i rzucam "halo!". Na trawie przede mną stoi 2 facetów, jeden w tyle, a drugi starszy, nieco grubszy, ubrany ogólnie maskująco w coś a'la gumiaki oraz czapkę z daszkiem stoi raptem kilka metrów ode mnie i się cieszy. Odpowiedzieli na przywitanie. Na mojej twarzy wyraźnie maluje się zaskoczenie, a facet jeszcze bardziej się zbliżył i robi mi zdjęcie! Na pewno są z jakiejś pomocy społecznej i dokumentują koczujących bezdomnych- myślę...
Z łamanej niemiecko-angielskiej rozmowy, która wynikła z sytuacji ustaliliśmy, że oni tylko "sight-seeing" naturę, a ja tylko "tripping" z polski. Widząc mój ofensywny nastrój, facet- cały czas bardzo szczęśliwy- uspokajał mnie, że oni już sobie idą i mogę dalej spać. Dorzucił jeszcze, że mam "nice tent", zrobił jeszcze jedną fotkę namiotu i mnie, wychylającego się z niego (tym razem z wymuszonym uśmiechem) i poszli pozachwycać się czymś obok. Pogwizdali na ptaki i pojechali.
Teraz wyląduje na facebooku jakiegoś krajoznawczego maniaka. Mogłem nie otwierać namiotu. Cóż, miałem taki skwaszony nastrój, jaki miałem, no ale na to nie zawsze mamy wpływ. Na pewno natomiast uruchomiły mi się pewne schematy myślowe, że jestem tutaj intruzem, "Polaczkiem"...
A Niemiec miał lustrzankę Nikkona.

Idąc, natrafiłem na biegającego po okolicy konia. W zasadzie klacz, gdyż ścigający wołali za nią "Sisi".
Dopiero gdy pojawił się zaklinacz koni o aparycji bohatera "Sami swoi", zwierze zrozumiało powagę sytuacji i po kilkukrotnym "prr" i sugestywnych ruchach zaklinacza, zaprzestało galopu po okolicy.

Naprawdę, cieszyłem się z dotarcia do pierwszej, większej miejscowości w Niemczech. Standardowo już, trzeba podładować akumulatory. Warto byłoby też zrobić pranie i wykąpać się (choć w dobie nawilżonych chusteczek, żeli myjących bez wody i anty-bakteryjnych kremów osłonowych, możliwe jest obycie się bez prysznica przez dłuższy czas). Tym razem był dodatkowy cel- aktywować zakupiony wczoraj SIM Aldi Mobile, a do tego potrzebowałem Wi-Fi, oraz prąd, bez niego, smartfon wyłączyłby się, zanim zdążyłbym zrobić co trzeba.

Ruszyłem więc w kierunku pierwszej, na mapie, kawiarni. Znajduje się ona w portowej dzielnicy, pierwszej, na która napotykamy wchodząc od północy. Kierując się, zapisanymi kredą, tablicami, dotarłem do Flußcafé. Chociaż idąc podejrzewałem, że to jakaś speluna na uboczu i nie będzie internetu- byłem w błędzie.
Lokal, co jest zawarte w nazwie, położony jest nad rzeką, na samym jej skraju. Była chwila po południu. Młoda dziewczyna akurat odkurzała przy wejściu, nikogo nie było. Zamówiłem kawę i wypatrzyłem miejsce przy ścianie, z gniazdkiem. Podłączyłem się do prądu i sieci i zacząłem rozpracować starter Aldi Mobile. Okazuje się, że jest podział na północną i południową część kraju, a podczas rejestracji trzeba wybrać z której chce się korzystać. Aldi Mobile jest operatorem wirtualnym, pracującym na infrastrukturze Medion Mobile i taki też operator pokazuje się po zalogowaniu do sieci. Wpierw jednak, trzeba się zarejestrować przez internet. Właśnie, słyszałem o konieczności rejestracji każdego SIMa na swoje dane  i obawiałem się, że będzie problem- faktycznie, wywalało komunikat o braku możliwości weryfikacji moich polskich danych... No cóż zrobić, ostatecznie, numer z którego teraz korzystam, zarejestrowany jest na p.Hansa Gutenberga, mieszkającego pod adresem lokalnego kina... Po, ekhm, weryfikacji, od razu możemy wybrać interesujący nas pakiet. Mnie interesuje sam internet, zatem wybrałem "Internet-Flatrate L"- 1,5GB, na które poszło 9,99€. 10€ otrzymujemy wraz ze starterem za 12,99€. Do wykorzystania przez 30 dni. Przyjmując, za Googlem, aktualny kurs euro 4,167, daje nam to 3,60PLN za 100MB. Porównując z cenami w roamingu- spoko.
Zamieniłem w telefonie SIMa, wyłączyłem Wi-Fi. Jest net, bomba.

Podczas, gdy dokonywałem międzynarodowego oszustwa, w lokalu pojawiło się kilka osób. Na prawo ode mnie usiedli Włosi, ich synek cały czas mówił szeptem. Zresztą wszyscy mówili cicho, skłaniała do tego cisza, panująca wokół. Brak muzyki, malutki TV, również wyłączony. Przy otwartych drzwiach, zanim przyszła reszta gości, słychać było wiatraczek, kręcący się przy powiewach wiatru i sporadyczne odgłosy z kuchni. Goście przyszli, uraczyli się kawą i ciastem, poszli. Pojawiła się też kobieta, która prowadziła luźną rozmowę z obsługującą dziewczyną- jej matka. Gdy wcześniej pytałem młodej o hostele i hotele przytaknęła, że są, ale jako, że nie mówi dobrze po angielsku, a ja po niemiecku, zaproponowała, żebym udał się do biura, do jej "Freundin", ona da mi lepsze wskazówki. Domyśliłem się, że chodziło o kobietę, która teraz tutaj jest. Hosteli nie ma, jest hotel (na mapie nawet kilka), 50 euro za noc, z śniadaniem. Zaznaczyłem, że chodzi mi o coś taniego i dopytałem o kemping, po drugiej stronie mostu. Potwierdziła, że jest czynny, a nawet, że mogę się tam rozłożyć już teraz, pomimo, że właściciel będzie dziś po 18ej. Hmm. Dobrą mają wymianę informacji (teraz, pisząc to, widzę, że na rachunku za nocleg widnieje pieczątka "Kanustation"- takie było hasło do sieci, być może rodzinny interes). Podziękowałem, pożegnałem się i poszedłem. 

Po przejściu mostu nad Peene i wejściu w zabudowania Anklam, widać niemiecką estetykę. Pasujące do siebie, schludnie wykończone budynki, zadbane trawniki- tak jest w centrum. Na obrzeżach są też mniej ciekawe ulice.

Zrobiłem zakupy i udałem się wybadać pole kempingowe. Okazało się, że są 2 nie daleko siebie. 1sze było samochodowe, zamknięte z powodu prac drogowych, drugie, rowerowe okazało się tym właściwym. Czytając ceny na tablicy przed wejściem zagadał do mnie siwy, chudy, facet z wąsem, który wysiadł z samochodu stojącego przed bramą. 5€ za noc, prysznic, pralka po 1€. Super.
Rozstawiłem się, zapoznałem z otoczeniem i poszedłem zwiedzać miasto. Niemcy mają wiele kawiarni- piekarni, niestety czynnych- tu, nie wiem jak gdzie indziej- do 18ej. Trochę czasu spędziłem w klimatycznej restauracji przy drogiej (2,1€) kawie (oczywiście, ładując przy tym aku).




Wieczorem, na kempingu, chciałem zrobić w końcu prawdziwe pranie. Wymieniłem w automacie 1 euro na żeton, którym można uruchomić pralkę, suszarkę, lub prysznic (dobrze, że kibli nie maja na monety). Obejrzałem dokładnie pralkę, lecz nie ma żadnego dozownika detergentów- różnica w porównaniu z kempingiem w Dziwnówku. Stojąc i kontemplując nad przyrządami pralniczymi, przyszedł koleś, Czech. Już się pogodziłem z myślą prania pod prysznicem, a tu zaproponował mi płyn do prania. Podziękowałem, no bo skoro już miałbym od niego wziąć płyn, to głupio być pierwszemu (a pralka jedna), po za tym, na pralkę trzeba czekać, a po swojemu zrobię to szybciej.
Zabrałem więc rzeczy z pralni, pod prysznic i wykorzystałem żeton na uruchomienie go. Wow, takiego mocnego ciśnienia jeszcze nie widziałem. Niemiec, zarządzający, oprowadzając mówił, że po 4ech minutach się wyłącza, gdy stwierdziłem, że wtedy mogę jeszcze raz przycisnąć, jakoś tak wymijająco przytaknął. Wiem czemu. Co minutę mogę mogę przedłużyć, po 4ech minutach koniec. Inny Niemiec- gość przystani jachtowej (kemping jest dodatkowym biznesem), ktory wszedł do łazienki chwilę po mnie, spoglądał badawczo na stertę ubrań, leżących obok mojego prysznica. Powiedziałem mu "zum waschen"- roześmiał się tylko i również wspomniał o 4ech minutach... Teraz ja i moje ubrania znajdowaliśmy się pod prysznicem, namoczeni, lecz nie umyci. Zabrałem rzeczy do prania spowrotem pod pralkę, która nadal chodziła, nie spojrzałem wtedy na pozostały czas. Powrbank ładował się w holu. 

Wyszedłem na balkon, z którego prowadziły schody na dół. Przysiadłem się do dwóch Czechów, którzy rozpracowywali butelkę rumu. Oni przyjechali na rowerach, co roku zostawiają żony i dzieci i robią sobie wypad. Oni rozmawiali po czesku, ja po polsku i angielsku, Czech, oferujący mi wcześniej płyn do prania, starał się artykułować słowa. Coś tam się rozumieliśmy. Dużo treści przekazuje też gestykulacja. Zaproponował mi trunku, ale podziękowałem ("Polak... i nie pije?")
Przed 50ką chcą pokonać rowerami dystans do hiszpańskiego Santiago de Compostela.
Muszla św.Jakuba za Słupskiem
Od średniowiecza jest to cel pielgrzymek. Uznawane jest za miejsce pochówku jednego z uczniów Chrystusa. Prowadzą tam Drogi św. Jakuba (Camino de Santiago), których sieć wiedzie przez całą Europę. Podczas mojej wędrówki wielokrotnie szedłem ich fragmentami, oznakowane są żółtą muszlą św. Jakuba na niebieskim tle.
Pomimo planów nie są chrześcijaninami. Gadający Czech, dużo opowiedział o historii reformacji w ich kraju, o tym jak Czechy stały się ateistyczne, oraz o władzy oligarchii w ich kraju.
Wraz z chwytanie kolejnych wątków politycznych, a proprcjonalnie do ilości spożytego rumu, rozmowa przestawała być dla mnie zrozumiała.
Gdy w końcu, o 23ej ich pranie doszło do końca, załadowałem swoje i przypomniałem się, że chciałbym płynu. Lekko zawiany już czech z ochotą podszedł do namiotu po tajemniczą butelkę, z której odczytałem tylko "Dry sea", zapewnił mnie, że to dobry płyn. Spojżał w otwartą kieszeń pralki i pyta:
-gdzie lejemy?
-nie wiem
Nalał do wszystkich 3ech. Drugi Czech, chcąc też pomóc, zaczął nastawić mi program na ten co oni mieli, dwugodzinny. Musiałem go zapewnić, że chcę krótki, 40 minutowy.
Ostatecznie pranie wyszło licho. Miało smugi po środku piorącym... i dziwnie pachniało. Mogłem przystać na dłuższy czas prania, albo powstrzymać Czecha, przed wlaniem takiej ilości płynu. Heh, jeśli nie są czyste, to przynajmniej równo brudne. Po ciemku rozwiesiłem pranie wokół okalających mój namiot drzewek.

Zasypianiu towarzyszyło stereofoniczne chrapanie, z lewej strony Czecha, a z prawej Niemca, z tyłu dobiegał rechot żab. Ale i tak jest zajebiście.


#025:Anklem-Stammersfelde

Opuściłem kemping po 12ej, gdy już nikogo nie było. 
Nic specjalnego tego dnia się nie działo, po prostu szedłem, aż szukając noclegu doszedłem na taką piękną łąkę. Co prawda zamknięta szlabanem, ale nie mogłem się powstrzymać. Po za królikami w oddali, nic się na niej nie pasło.


#026:Stammersfelde-Tützpatz


Największym dylematem ostatnich dni było: którędy iść? Stwierdziłem, że najkrótszą drogą, przecinając kraj na ukos, nie będę mijał żadnych, większych miast. Podróż pokazuje mi, że lubię aglomeracje miejskie w równym stopniu co dziką naturę, więc nie będę sobie tego odmawiał. Nadłożenie drogi jest, szacuje, ok. 2-3dni, a odwiedzenie miasta może być po prostu konieczne (np. gdy skończą się buty). 
Podjęcie decyzji dało spokój.


#027:Tützpatz-Stavenhagen-Malchin

Poprzedniego dnia czułem ciężar plecaka, pakując się rano, ostatecznie zdecydowałem, że ciężkie i średnio wygodne, awaryjne sandały polecą do pierwszego napotkanego kontenera na stare ciuchy. Akurat trafił się taki km dalej.
Ostatecznie, jako "dojazdówkę" mam japonki... albo szarą taśmę klejącą, przypomniało mi się, jak "Pogromcy mitów" robili z niej buty na bezludnej wyspie. Nie pytajcie skąd mieli tam taśmę.

W Stavenhagen spędziłem trochę czasu w kawiarniach. W pierwszej, Fritz Café, nie było Wi-Fi, a i 3G zanikało, więc przeczekać deszcz udałem się do Markt Café, po przeciwnej stronie placu. Gdy lunęło, siedziałem bezpiecznie pod rozłożystym parasolem, a sam power bank ładował się w środku, po ustaleniu tego z obsługą.
WeatherUnderground
Świetna sprawa, jak precyzyjnie można teraz monitorować pogodę, pozwala to zaplanować dalsze kroki. Zgodnie z prognozami, o 19ej przestało padać i ruszyłem na nocleg za miasto. 

Szło się rewelacyjnie. Rzeźka pogoda, prosta, asfaltowa droga wzdłuż szosy. Akurat gdy byłem na wysokości zatoczki-parkingu, zwolnił i zrównał się ze mną samochód. Niemka z niebieskiego SEATa pyta, czy potrzebuję podwiezienia. Podziękowałem, że muszę iść. Dodała jeszcze, że widziała mnie wcześniej jak szedłem w Stavenhagen. Pożegnałem się i pojechała. 
To już druga zaproponowana ostatnio, możliwość podwózki. Sam gdzieś sobie przyjąłem zasadę, że powinienem całą drogę iść. W sumie, czemu by następnym razem, się z Niemką nie przejechać.